Uluwatu: balijski raj dla surferów!

Uluwatu

 

Chciałam spędzić swoje urodziny na plaży. Najlepiej pozbawionej leżaków, parawanów, wielkich hoteli. Marzyłam o miejscu, gdzie fale silnie rozbijają się o skały, woda oszałamia turkusem, zewsząd czuć morską bryzę, a prowizorycznie sklecone knajpki na plaży serwują kolorowe smoothie i kokosy prosto z drzewa.

 

Pytałam o takie miejsce lokalsów w Ubud i… nie potrafili, lub nie chcieli mi niczego polecić. Zazwyczaj padało hasło „Kuta”, czyli miasto odradzane mi przez absolutnie wszystkich, turystyczny moloch o brudnych plażach. W końcu, zniechęcona niezbyt trafnymi radami, wybrałam miejsce niejako na chybił trafił. Jechałam wzdłuż balijskiego wybrzeża na mocno powiększonej mapie w internecie. I zobaczyłam to jedno słowo: Uluwatu. Nazwa natychmiast przypadła mi do gustu. Instant attraction. Nie jestem w stanie inaczej wytłumaczyć swojego wyboru. Po prostu spodobało mi się brzmienie tego miejsca i musiałam je odwiedzić.

Nie miałam nawet czasu sprawdzić dokładnie co się tam znajduje. Wiedziałam tylko, że jest tam plaża i niezbyt interesująca mnie w tym momencie światynia. No ale skoro brak mi lepszej alternatywy, to pojadę niejako w ciemno.

Zarezerwowałam dwie noce w nieco lepszym niż zazwyczaj hotelu. Był to najtańszy obiekt przy plaży, jaki udało mi się znaleźć na bookingu. No, może nie bezpośrednio na plaży, bo na widok z okna nie było co liczyć, ale wystarczyło zejść po sporej ilości stromych schodów w dół i faktycznie można było znaleźć się na plaży w dwie minuty. Nazwa hotelu to Leggie’s Bungalow. Dość ciężko było go znaleźć (dokładna nazwa miejscowości to Pecatu), ale na miejscu zostałam bardzo przyjemnie zaskoczona. Czyste, przestronne pokoje (bez klimatyzacji, ale za to z wiatrakiem, czystą moskitierą, co wcale nie jest takie częste), ładny wystrój, basen, dużo zieleni i bardzo miła obsługa mówiąca dobrze po angielsku. Czego więcej mogłabym chcieć? No może smaczniejszego jedzenia, bo to w Leggie’s Bungalow było średniawe. Ale do plaży z kilkoma maleńkimi knajpkami, jak już wspomniałam, było bardzo blisko.

Kiedy zmęczone padłyśmy na łóżko naprawdę ciężko było się nam obojgu ruszyć. Nie chciałam jednak marnować popołudnia i resztkami silnej woli zmusiłam się do wyjścia z hotelu. Powiem krótko: To był dobry wybór. Już po przejściu kilkunastu metrów zobaczyłam jasny, jakby lekko romyty turkus oceanu wyzierający między palmami.

 

Szłam wolno, przytłoczona ciężarem 14 miesięcznej córki. W pewnym momencie minęła mnie rodzina z dziećmi. Wszyscy nieśli deski surfingowe. Po raz pierwszy w głowie zaświtała mi myśl, że chyba nie trafiłam do eksluzywnego, nadmorskiego kurortu. I szczerze mnie to ucieszyło, bo w podróży lubię różnorodność, a Uluwatu zdawało się bardzo różnić od odwiedzanych przeze mnie do tej pory plaż. Nie pomyliłam się.

Plaża była skalista, schowana w niewielkiej zatoczce, bez tłumów. Większość obecnych tam osób stanowili surferzy. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Małe brzdące, w większości posiadające już rozjaśnione słońcem, pofalowane od wody morskiej włosy.
Jedyne źródło cienia stanowiły postawione na balach, kryte strzechą i starymi dachówkami drewniane domki. Niewielkie bary, sklepiki ze strojami kąpielowymi, knajpki. Zaledwie kilka, a więc wystarczająco by być użytecznymi, lecz wciąż na tyle mało, by nie zaśmieć krajobrazu, naturalnie się miast w niego wtapiając.

Spędziłyśmy w wodzie kilka godzin, choć fale były silne, więc ze względu na bezpieczeństwo siedziałam z Mileczką w wodzie zaledwie po kostki. Dosłownie. Nie ma się co dziwić, bo nadchodzące fale wciąż bywały od czasu do czasu na tyle wysokie, że zalewały nam twarze.
Byłam bardzo ciekawa jak Mila zareaguje na tę niedogodność w postaci olbrzymiej ilości słonej wody, wyższej niż ona sama. Ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu chichrała się jak dzika. Inne dzieci wyły wniebogłosy, a ona nie. Ba, za każdym razem gdy już chciałam zakończyć tę dziwną kąpiel, ona rozpaczliwie ciągnęła mnie spowrotem do wody. Czasem naprawdę zadziwia mnie ta mała dziewczynka.

 

Kiedy wreszcie udało mi się przekonać Milę do pożegnania oceanu, rozsiadłyśmy się wygodnie w maleńkim barze. Trzy stoliki na krzyż, lecz niesamowity widok i mnóstwo roślin. Wszyscy obecni tam goście paradowali w bikini, paradowałam też ja.

Jako że były to moje urodziny, zamówiłam sobie najbardziej wystrzałowe smoothie jako udało mi się znaleźć w karcie. Pełne superfoods i świeżych owoców. Jak świętować to z rozmachem. ;)

Mila biegała radośnie po ciepłych kamieniach tworzących podłogę, zabawiana od czasu do czasu przez przemiłe panie pracujące w barze.

Tutaj też spotkała mnie jedyna próba podrywu podczas całej podróży po Azji. Wysoki, wytatuowany Brytyjczyk, siedzący od dłuższego czasu przy barze, wyraźnie znudzony wypalił wreszcie:

„-To Twoje dziecko?
-Tak. 
-Ile ma lat?
-Półtora roku. 
-(chwila zastanowienia) … Jesteś z jej ojcem czy postawić ci drinka? „

 

Otaczają mnie sami romantycy.

Na szczęście okazało się, że mamy podobne poczucie humoru, więc dość długo gadaliśmy o zupełnym pierdołach. Potrzebowałam takiej luźnej, niezobowiązującej rozmowy. Nie o dziecku, pieluchach, odsmoczkowywaniu, ale o moim WŁASNYM życiu. Zwłaszcza w dniu urodzin, chciałam znów czuć się sobą. Nie udało się to może do końca, ale nawet taka namiastka była dobra.

uluwatu po pols uluwatu uluwatu surfing z dzieckiem

uluwatu surfing bali uluwatu surfing bali uluwatu surfing bali uluwatu surfing bali uluwatu najlepszy surfing na bali uluwatu najlepszy surfing na bali uluwatu surfing bali

Wieczór, niemalże do nastania zupełnej ciemności spędziłyśmy z Milką w basenie.

I tak właśnie upływał nam czas w Uluwatu: między plażą, silnymi falami, jedzeniem w maleńkich knajpkach, podglądaniem ujarzmiających fale surferów. Może nie do końca tam pasowałyśmy: matka i maleńka córka, bez desek surfingowych i blond włosów, ale czułyśmy się obie tak dobrze, jak chyba nigdzie indziej.

Nieco później zatrzymałyśmy się również w zabukowanym na szybko Pecatu Guest House. Okazał się to najbardziej imprezowy hostel, jaki w życiu widziałam. W dobrym tego słowa znaczeniu. Obsługa była absolutnie przemiła, jedzenie pyszne, niedrogie i w olbrzymich porcjach. Pokoje bardzo tanie i spore.

A że daleko od plaży? Od czego są skutery.
Że nocą głośno gra muzyka? Przynajmniej trochę się rozerwiesz.

 

Miła recepcjonistka podarowała mi i Mili pokój o podwyższonym standardzie, bo uznała, że tam będzie mi wygodniej z tak małym dzieckiem. Opaleni surferzy i surferki zaczepiali moją córkę, grali z nią w piłkę, robili kosi kosi łapci. Nikt mnie nie oceniał, nie mówił: „O Boże, sama z takim maleństwem!!”, nie mędrkował.
Pecatu Guest House był pierwszym miejscem podczas podróży, w którym nikt nie zapytał mnie o ojca dziecka. Może uznali, że sama nie wiem kto nim jest. ;))))

Taki hipisowski klimat może nie jest dla każdego, ale w tamtym momencie dobrze mi zrobił.

Nawet jeśli w środku nocy uroniłam kilka łez w poduszkę, kiedy za ścianą słyszałam głośne „Happy Birthday” śpiewane dla studiującej w Australii, surfującej Brazylijki Mili, której mama miała na imię Karolina- uczucie jakbym patrzyła na przyszłość własnego dziecka).

Nie jestem pewna, czemu wtedy płakałam. Może dlatego, że mi nie miał kto tego „Happy Birthday” zaśpiewać, a najmilsze życzenia na facebooku nie zastąpią prawdziwego kontaktu. Może dlatego, że wiedziałam, iż w domu też by mi tego brakowało, bo mieszkam zbyt daleko od Polski i najbliższych mi osób. Może z zazdrości, że ta inna dziewczyna, śliczna, bystra, wysportowana, popularna, miła, spędza właśnie czas tak, jak ja kiedyś pragnęłam go spędzać. Ale czekałam, marnowałam czas, marnowałam okazje. A teraz mam inne życie, też cudowne, ale beztroską nastolatką nie będę już nigdy.

Wyszłam na balkon wziąć kilka głębokich wdechów. Mała spała głęboko, zadziwiająco głęboko biorąc pod uwagę hałaśliwą muzykę. Usiadłam na chłodnym krześle, patrzyłam w dół na imprezujących nad basenem ludzi i w dal, gdzie za dnia widać było ocean. Jego huk dochodził do mnie teraz nawet przez śpiewających głośno surferów. I ten zapach, zapach za którym zawsze tęsknię, do którego mnie ciągnie, za którym podążam: zapach wielkiej, groźnej wody.

Siedziałam tam i siedziałam, stopniowo uświadamiając sobie, że nawet w takich momentach, kiedy bardzo siebie nie lubię, podróż, właśnie taka podróż jak ta, przez Azję, z plecakiem, w nieznane, z czasem na przemyślenia i na głęboki oddech: taka podróż jest tym, w czym czuję się najlepiej.

bali najpiękniejsze miejsca bali najpiękniejsze miejsca bali najpiękniejsze miejsca

Recent Comments

  • Magda
    09/06/2017 - 1:53 pm · Odpowiedz

    A i jeszcze pytania mam: jak ogarnęłyście kwestię pieluch? Bo chyba nie wszędzie można kupić pieluchy jednorazowe. I jeszcze pytanie odnoście zostawienia córci na parę godzin pod okiem czujnych, ale jednak obcych opiekunów: została bez żadnego problemu? Moja córcia ma 14 miesięcy i nawet na chwilę nie pójdzie z nikim obcym. Zaraz robi awanturę. Zastanawiam się jak to było u was :)

  • Żaneta
    09/06/2017 - 11:20 am · Odpowiedz

    To chyba będzie jeden z moich ulubionych tekstów na Twoim blogu!
    Szczere, prawdziwe i świetnie się czyta.
    Pozdrowienia dla Ciebie i Malutkiej :)

  • Magda
    07/06/2017 - 10:00 am · Odpowiedz

    Przypomniał mi się twój tekst o zazdrości… Często do niego wracam. Bardzo dużo mi dał, zresztą jak wiele innych twoich tekstów. Często podnoszą mnie one na duchu. Mam trójkę przecudnych maluchów, ale zdarza się, że padam na twarz i zrozpaczona zazdroszczę niedzieciatym koleżankom ze studiów, które robią kariery i są paniami swoje losu. Wtedy wydaje mi się, że jestem gdzieś na dnie, że to właściwie już nie ja, a potem wkradasz się ty i jakimś niesamowitym sposobem dodajesz mi sił. Serio. Dlatego wielkie dzięki za każde twoje słowo i za to, że dzielisz się z nami również tym, co smutne, dołujące. A zdjęcia i opisy waszych podróży przenoszą mnie w inny świat. Dziękuję :)

  • Joanna
    06/06/2017 - 8:36 pm · Odpowiedz

    Również czytając tego posta, pomyślałam, że chętnie by się to czytało w formie książki! Świetne. Pozdrawiam! :)

  • Katie
    06/06/2017 - 7:09 pm · Odpowiedz

    Łucja ma rację – właśnie takie relacje czyta nam się najlepiej :) domyślam się, że opisywanie swoich intymnych przemyśleń na forum publicznym to ciężka sprawa, ale to się tak przyjemnie czyta! I z każdym słowem stajesz się coraz bliższa. Czekam z niecierpliwością na resztę :) buziaki z Poznania!

  • Łucja
    06/06/2017 - 5:01 pm · Odpowiedz

    Dzięki Ci za właśnie takie historie :) Nie wiem skąd takie uczucie, ale czytając, mam wrażenie jakbym czytała własne słowa.. Nic takiego mi się jeszcze nie przydarzyło w życiu, ale gdyby miało, to chciałabym, żeby wyglądało podobnie :)

  • Kasia
    06/06/2017 - 4:36 pm · Odpowiedz

    Wiem, pewnie nie napiszę nic odkrywczego, czego byś pewnie nie usłyszała (oby tak było) i zapewne wyda się to banalne, ale podziwiam Cię. Sama, z dzieckiem i to w dodatku w podróży, która do łatwych nie należała. Chylę czoła i pozdrawiam serdecznie :)

Leave a Comment

%d bloggers like this: